Horodyńscy i goście na schodach dworu, kilka godzin przed mordem (fot. TerazHistoria.pl

24 czerwca 1943 r. w święto Bożego Ciała niemiecki oddział SS dokonał brutalnego mordu na ziemiańskiej rodzinie Horodyńskich i gościach, którzy skromnie świętowali ślub młodej kuzynki w dworze Horodyńskich w Zbydniowie na dzisiejszym Podkarpaciu.

Mord Horodyńskich zlecił Martin Fuldner, okupacyjny zarządca majątku Lubomirskich z pobliskich Charzewic. W mordzie zginęło 19 osób z rodziny oraz gości, którzy w tym czasie świętowali ślub młodej kuzynki Horodyńskich Teresy Wańkowiczówny z Iwonem Mierzejewskim.


Reklama


Martin Fuldner, który wówczas zarządzał majątkiem Lubomirskich w Charzewicach (dzisiejszej dzielnicy Stalowej Woli) był emerytowanym kapitanem niemieckiej Schutzstaffel (SS). Fuldner bywał w Zbydniowie w gościnie u Horodyńskich i jako amatorowi staroci bardzo spodobał się serwis porcelanowy, którego Horodyńscy nie chcieli mu sprzedać. Także sam majątek Zbydniów prowadzony był przez Horodyńskich na wysokim poziomie, przynosił dochody i Fuldner pragnął przyłączyć go do administrowanych przez siebie terenów.

W czerwcu 1943 r. w okolicach Zbydniowa przebywał oddział Waffen SS, który został wysłany na pacyfikację pobliskich wsi. Oddział ten dowodzony był przez kolegę Fuldnera Ewalda Ehlersa. Z tej okazji Fuldner postanowił wykorzystać obecność oddziału swojego kolegi by przeprowadzić likwidację rodziny Horodyńskich. Celem brutalnej akcji miało być przejęcie majątku Horodyńskich i upragnionych przez Fuldnera antyków.

Fuldner wykorzystał koleżeńskie kontakty by zataić prawdziwe swoje intencje i by uniknąć problemów u swoich zwierzchników. Wkrótce jednak, wywiad AK i tak doszedł sedna sprawy i za mord na Horodyńskich Sąd Państwa Podziemnego wydał na Martina Fuldnera wyrok śmierci. Kilka miesięcy później Fuldner został zlikwidowany przez AK w dworku majątku rodziny Lubomirskich w Charzewicach.

Przeżyli piekło

W mordzie udało się uratować dwóm synom Horodyńskich – Andrzejowi i Zbigniewowi, których matka ukryła na strychu dworu gdy zjawili się Niemcy. Tak wspominał ten dzień Andrzej Horodyński:

„24 czerwca 1943 r. w dzień Bożego Ciała odbył się w kaplicy przydworskiej ślub naszej 17-letniej kuzynki Teresy Wańkowiczówny z Iwonem Mierzejewskim, kolegą naszego brata Zbigniewa z gimnazjum jezuitów w Wilnie. Żadnych gości ani większego przyjęcia nie było. Po południu młoda para wyjechała w podróż poślubną, jak przystało na wojenny czas podróż niedaleką, do położonego o 15 km Sandomierza.” Sakramentu małżeństwa udzielił młodym proboszcz zaleszańskiej parafii, ks. Jakub Przybyłowicz.

Podczas posiłku niemieckie auto wjechało do parku, objechało gazon i zniknęło. Incydent ten był zwiastunem zbliżającego się nieszczęścia. Wtedy „Inio” wstał i wzniósł toast: „Siedzimy przy stole i wyobrażamy może, że dzisiejsze wesele, to – bodaj chwilowa – nasza rzeczywistość. Musimy sobie zdać sprawę, że tak nie jest. Rzeczywistość ukazała się nam – przez sekundę – za oknem. Nie wolno nam o niej zapominać.”

Zbigniew miał rację. O północy rozpętało się piekło. Relację Zbigniewa „Inio” z następnych godzin i dni spisał jego przyjaciel Jacek Woźniakowski. Poniżej przytaczamy jej obszerny fragment, gdyż wspomnienia Zbigniewa najlepiej oddają tragizm tamtych wydarzeń:


„24 czerwca zjechali się do Zbydniowa goście na ślub kuzynki naszej Teresy Wankowiczówny z Iwonem Mierzejewskim. Było nas razem 18 osób. A więc moi rodzice, Andrzej, Haneczka i ja, wujostwo Wańkowiczowie z Teresą, pani Mierzejewska z synem Iwonem, pani Herubowiczowa z synem z pierwszego małżeństwa Czesławem Jeśmianem, siostra mojego ojca Maria Kowerska, której mąż Stanisław Kowerski z Zamościa zginął w Oświęcimiu, ciotka Krystyna Giecewiczowa z 12-letnim synkiem, Lolusiem, Halszka Meysztowiczówna oraz sąsiedzi pp. Erazm Mieszczański i Jan Sokołowski.

Ślub odbył się rano w kaplicy koło dworu. W czasie śniadania,  w smutnym nastroju, który z niewytłumaczonych powodów wszystkim się udzielił, piliśmy zdrowie państwa młodych. Wzniosłem toast „Kochajmy się”. Dobre wino – wyciągnięte na tę okazję – zrobiło swoje. Humory poprawiły się. Nagle przed domem zjawił się samochód terenowy SS z wmontowanym karabinem maszynowym, z którego żołnierz niemiecki puszczał w powietrze krótkie serie. Zaniepokojeni tą niezwykłą wizytą wybiegliśmy na ganek. Ojciec zapytał oficera siedzącego w samochodzie o powód strzelaniny. Niemiec odpowiedział śmiejąc się, że pokazuje maszynowy karabin szybkostrzelny ze specjalną amunicją. Krótką chwilę rozmawiał z ojcem, po czym samochód objechał gazon i znów padło kilka strzałów. Jak się później okazało, było to specjalne SS Jagdkommando, wysłane na pacyfikacje okolic nad Sanem. Incydent ten zwiększył nasz poprzedni nastrój niepokoju. Zastanawialiśmy się, co miała na celu ta wizyta Niemców. Mogło ją spowodować liczne zgromadzenie. Może Niemcy, którzy zawsze niechętnie patrzyli na skupiających się Polaków, chcieli przy okazji sprawdzić liczbę osób, ojciec bowiem dla uniknięcia możliwych nieprzyjemności, uprzedził miejscowego Landrata o mającym się odbyć ślubie, a nawet podał liczbę spodziewanych gości.

Po śniadaniu udaliśmy się na górę, na kawę, po czym państwo młodzi poszli do swoich pokojów, by przygotowywać się do wyjazdu do Sandomierza, naznaczonego na piątą po południu. Pp. Sokołowski i Mieszczański powrócili do niedalekich Gorzyc, a my zasiedliśmy do brydża. Nadszedł wieczór. O zmierzchu zjawiło się dwóch jegomościów. Zastukali do okna i zawołali,
że chcą mówić z właścicielem. Ciotka moja Kowerska, otworzyła okno:

– Czy są tu blisko Niemcy i ilu ich jest? Jesteśmy z lasu.

– Niemców tu nie ma, ale stacjonują niedaleko. Radzę nie kręcić się. Byli tu dziś i strzelali przed domem.

– Jak są uzbrojeni? Chcemy zrobić na nich napad.

– Wszyscy wiedzą, że są uzbrojeni dobrze. Nie chcę mieć do czynienia z takimi sprawami! Proszę się wynosić.

Poszeptali coś między sobą i poszli. Zjawienie się owych dwóch nieznajomych oraz fakt, że jeden z nich mówił po polsku, w połączeniu z popołudniową wizytą esesmanów zaniepokoiło nas i dało nam dużo do myślenia. Mogli być nasłani przez Niemców. Zaraz po wyjeździe państwa młodych rozeszliśmy się po pokojach, pełni wewnętrznego niepokoju. Wyczuwaliśmy zbliżanie się niebezpieczeństwa, obawialiśmy się prowokacji. Groza wisiała w powietrzu.

Koło dziesiątej wieczór w domu zapanowała cisza. Poza Andrzejem i mną wszyscy byli w łóżkach. Nagle ktoś zapukał do drzwi. Nie otworzyliśmy, tylko stanęliśmy z ojcem w oknie. Zaczęła się rozmowa podobna do poprzedniej. Teraz jednak nieznajomi przybrali ton agresywny i pełen pogróżek. Byliśmy pewni, że coś się gotuje. Andrzej i ja wiedzeni instynktem, nie położyliśmy się spać. Byliśmy ubrani. Milczeliśmy, ale czuliśmy, że stanie się coś strasznego. Czekaliśmy niedługo. W niespełna godzinę ktoś zaczął z całych sił walić do drzwi. Ciotka Kowerska otworzyła drzwi. Na progu stali esesmani. Krzyczeli:

– Jesteście wszyscy aresztowani za współpracę z bandytami, wszystkim wam należy się śmierć!

– Na śmierć jestem zawsze przygotowana – odpowiedziała ciotka.

Rozległ się strzał, ciotka upadła na progu domu. Trudno mi opisać, co się działo później. Słyszałem krzyki i strzały: serie z pistoletów maszynowych, z karabinu maszynowego, a potem pojedyncze strzały.

Jeśmian uciekł na dach przez górny taras. Leżał nieruchomo na szczycie. Zestrzelono go z karabinu maszynowego.

Andrzej i ja wyskoczyliśmy z naszego pokoju. Na korytarzu zatrzymała nas matka.

– Chowajcie się – szepnęła i popchnęła nas na stryszek ukryty w końcu dużego strychu.

Na tym stryszku przechowywane były futra, srebro i różne wartościowe rzeczy. Potem pomału zamknęła za nami drzwi. Przeszła zaledwie kilka kroków; została zabita kilkunastoma kulami. Liczbę kul mogłem sprawdzić w cztery dni później, gdyż szlafrok leżał na tym samym miejscu, gdzie matka upadła.

Andrzej i ja z wielkim wysiłkiem oderwaliśmy trzy deski z podłogi i wsunęliśmy się między podłogę strychu a powałę. Potem ostrożnie zasunęliśmy deski za sobą, przytuliliśmy się do siebie, leżąc między legarami, do których deski były przybite. Tak trwaliśmy bez ruchu, nie oddychając zamienieni w słuch. Słyszeliśmy krzyki, strzały, padanie ciał. Z tego, skąd krzyki dochodziły, zrozumiałem, że Halszkę Meysztowiczównę zastrzelono na schodach, wuja Stanisława Wańkowicza – w łóżku, ciotkę Aleksandrę Wańkowiczową raniono, słyszeliśmy jej głos, gdy wołała, że jest ranna, po czym nastąpiły strzały i zaległa cisza. W pokoju sypialnym zastrzelono Krystynę Giecewiczową i jej 12-letniego synka Lolusia.

Nie wiem ile czasu minęło, gdy raptem usłyszałem kroki dwóch ludzi chodzących po strychu – stanęli nad naszą kryjówką. Zaczęli przewracać rzeczy schowane na strychu.

Postali i zeszli na dół. Po chwili z dołu, z hallu posypała się seria strzałów w kierunku naszej kryjówki. Jedna kula lekko drasnęła mnie w ramię, inne zahaczyły tylko o moje ubranie, przestrzeliwując rękaw koło łokcia. Andrzej nie był ranny. Teraz znów zaległa cisza.

Wkrótce jednak po raz drugi odzywają się kroki na strychu. Jedne są głośne, drugie ciche skradające się. Wstrzymując oddech, nasłuchujemy. Ciężkie kroki schodzą na dół, widocznie drugi Niemiec został na czatach. Zapewne podejrzewali, że ktoś skrył się na strychu i przypuszczali, że po seriach z pistoletu maszynowego jest ranny i będzie jęczał. Później zrozumiałem przypominając sobie urywki rozmów między Niemcami, w jakim kierunku szły ich podejrzenia: liczba łóżek zasłanych na noc nie zgadzała się z liczbą zabitych, brakło dwóch ludzi. Niemcy chcieli dostać ich w swe ręce, gdyż oni byli świadkami masowego mordu.

Godziny mijały. Nastał ranek, leżeliśmy bez ruchu w naszej klatce. Jest ciasno, drętwieją ręce i nogi, jesteśmy niezdolni do myślenia. Zwierzęcy instynkt każe nam czekać. Może nas nie znajdą, może odjadą.

Na dole pod nami ruch nieustanny, warkot motorów samochodowych.
W jadalnym pokoju odbywa się libacja, głośne rozmowy, okrzyki i śmiechy. Potem wszystko ucicha. Nastaje noc. Druga noc w zbydniowskim grobie.

Dokucza nam głód i pragnienie. Musimy zmienić pozycję. Zaczynam pomału zbierać myśli i przygotowywać plan: gdy wszystko uspokoi się, wyjdziemy z naszej kryjówki.

Po długich godzinach cierpliwego czekania, zacząłem czołgać się pod deskami. Odchyliłem deskę jedną, potem drugą, wysunąłem głowę. Przez wąską szparę starałem się wydostać z naszej kryjówki. Gdy już byłem prawie cały na zewnątrz, zajechał przed dom samochód.

Błyskawicznie ukryłem się, zasunąłem deski i położyłem się bez ruchu koło Andrzeja. Serca walą nam jak młoty. Na dole trzaskanie drzwiami, gwar głosów, zapewne powrócili spóźnieni żołnierze. Pomału zapada cisza, ale my obaj czuwamy.

Przypominam sobie, że mam papierosy i o dziwo – zapałki. Zapalić koniecznie! Chęć palenia jest mocniejsza niż strach. Zaciągam się i podaję papierosa Andrzejowi. Czujemy się teraz silniejsi. Może uda nam się wyjść z tej matni? Rozmawiamy szeptem. Dodając Andrzejowi otuchy, tłumaczę mu, że musimy mieć siłę i sprawność, by wyczołgać się z naszej kryjówki, wydostać się z domu. Układam plan ucieczki i staram się zabić w sobie złe myśli które mnie nękają: jeżeli wyjdziemy z ukrycia Niemcy pochwycą nas; jeżeli będziemy dłużej tu leżeć – umrzemy z głodu i pragnienia.

Znowu mija dzień, nadchodzi trzecia noc. Jesteśmy coraz słabsi, nęka nas pragnienie, głód skręca kiszki, ciało cierpnie bo pozycja, której nie możemy zmienić, staje się męczarnią. Postanawiamy wykonać drobne ruchy i to absorbuje naszą myśl. Pod nami na dole, Niemcy chodzą, przyjeżdżają, wyjeżdżają. W pewnej chwili wydaje się nam, że jest więcej ludzi, biegają po całym domu, właśnie palimy papierosa, zaciągamy się, gdy nagle słyszymy kroki na strychu, tuż obok naszej kryjówki. Zamarłem z przerażenia. Czy Niemiec poczuł zapach dymu? Niemiec odchodzi  wolnym krokiem. Śmierć przeszła tuż obok nas.

Trzeci dzień już się kończy. Nie spaliśmy i nie jedliśmy już trzy dni i trzy noce. Usta wysuszyło nam pragnienie. A jednak zmuszam siebie i Andrzeja do ćwiczeń: czołganie się pod deskami. Szepczę:

– Obejmuję komendę; na moją komendę czołgać się! Metr na godzinę! Marsz!!


W naszej kryjówce robi się ciemno. To już czwarta noc. W domu cicho. Po ostatniej kontroli Niemcy zapewne upewnili się, że nikogo w domu nie ma. Postanawiam, że wyjdę na strych: może znajdę coś do zjedzenia. Znów ta sama gimnastyka z wydostaniem się na zewnątrz. Wyprostowałem się. Posuwam się wzdłuż ściany, kręci mi się w głowie, zmuszam się całym wysiłkiem woli, by nie upaść. Macam belki i natrafiam na słoik, słoik konfitur wiśniowych. Poza słoikiem ani chleba, ani wody. Liczyłem, że znajdę kiełbasę albo szynkę, bo byłem prawie pewny, że wisiały na strychu. Znów droga powrotna do schowka. Szczęśliwie dotarłem do Andrzeja, który jest u kresu sił. Jem lepką, słodką maść wiśniową. To zaspokaja głód, ale potem mamy w ustach smak obrzydliwy i pragnienie staje się coraz większe.

Andrzej zasypia i bredzi. Gdy go budzę, mówi od rzeczy. Chce popełnić samobójstwo. Przyłapuję go, gdy stara się przegryźć arterię ręki. Cicha walka ze słabością jego i moją, ale poczucie odpowiedzialności za życie mojego młodszego brata, daje mi tyle siły, by jego i siebie uchronić od rozpaczy. Zaczyna się czwarta noc. Układam plan ucieczki. Szeptem powtarzam go Andrzejowi. Myśl moja działa jasno i sprawnie, gdyż widzę i wiem, że Andrzej dalszej doby nie wytrzyma. Plan jest następujący.

Wzdłuż gościnnych pokoi na piętrze, mniej więcej 50 cm poniżej parapetu okiennego ciągnie się metrowej szerokości daszek. Mamy wyjść ze strychu, przejść przez korytarz do gościnnego pokoju, spuścić się na daszek, dojść do rynny i oparci nogami o rynnę przesunąć się kilka metrów,
aż do balkonu od strony ogrodu. Po kolumnie trzeba zsunąć się na parterowy balkon, a potem biegiem w ogród. Leżąc koło Andrzeja powtarzam po raz nie wiem który cały plan. Słucha najpierw apatycznie, potem zaczyna się interesować, widzę, że zrozumiał, pytam go, czy się czuje na siłach?


– Tak mam siłę, damy radę!

Samochody niemieckie odjechały sprzed domu. Zapadła cisza. Zaczynamy! Wypełzamy z naszego ukrycia. Andrzej jest tak słaby, że musimy chwilkę odpocząć. Cichutko przemykamy się przez strych. Odchylamy drzwi na korytarz. Za drzwiami leży zakrwawiony szlafrok mamy. Podnoszę go
i trzymam chwilę w reku. Idziemy cicho po korytarzu. Dwa stopnie w dół – w tym miejscu podłoga zawsze trzeszczała, ale dziś nie. Wchodzimy do gościnnego pokoju. Okno na oścież otwarte. Jest pełnia! Wychylam się z okna i rozglądam na wszystkie strony. Za węgłem domu stoi samochód,
na ławce w ogrodzie siedzi żołnierz, chyba śpi. Włażę na parapet, siadam nogami na zewnątrz. Cicho ślizgają się nogi po dachówkach, jeszcze trochę i nogi dosięgają rynny. Ciało leży na daszku, głową opieram się o parapet  okna.


Nagle kawałek dachówki urwał się pod moim ciężarem i odbiwszy się o rynnę spadł w dół. Andrzej jest jeszcze w pokoju, zamarł bez ruchu, a ja przylegam całym ciałem do daszku, przegiąłem głowę w tył, ręce mam przy sobie. Widzę wyraźnie, że żołnierz ma pistolet maszynowy przewieszony przez ramię. Wstał i rozpoczął obchód. Idzie w naszym kierunku. Przeszedł na drugi róg domu. Wtedy z tą samą co poprzednio ostrożnością cofnąłem się na parapet i do pokoju. Tej drogi po raz drugi próbować już nie będziemy: nie ma nadziei, koniec. Skradamy się znów do drzwi od strychu. Po drodze zaglądam do dzbanka w umywalni, jest pusty, ogarnia nas rozpacz, trzeba wracać na strych.

I znów korytarz, dwa stopnie i drzwi na strych. Nie wracamy do naszej skrytki. Siadamy niedaleko od niej. Palimy ostatni ogarek papierosa i zapadamy w gorączkowy sen przerywany majakami. Andrzej bredzi,  ja pewno też. Boję się, żeby któryś z nas nie krzyknął przez sen. A jednak śpimy. Budzi nas ruch na dole, chodzenie, gadanie, jest pewno wczesny ranek. Nie wiem,
która godzina, bo zegarek stanął. Czyżby się zepsuł?. Przez szpary widać pierwsze promienie słońca. Układam inny plan. Plan  jest bardzo ryzykowny, wolę jednak zaryzykować niż zdechnąć na strychu.


Postanawiamy wyjść jedyną drogą, tzn. głównymi schodami, zejść do hallu, z hallu do kredensu i stąd do ogrodu. Chwytam się tego planu jako jedynej szansy i jedynego promyka nadziei. Ustalamy: gdy samochody odjadą wyjdziemy. Patrzę na zegarek, jest ósma rano, a więc zegarek idzie!- może wtedy parzyłem na niego w malignie. Słychać zapuszczanie motorów, samochody odjeżdżają, pierwszy, drugi i po dłuższej chwili trzeci. W domu ani szmeru. Wychodzimy ze strychu idziemy cicho, ale normalnym krokiem, wchodzimy do naszego pokoju, bierzemy fotografie, które mieliśmy przy łóżkach, drobiazgi, portfel z pamiątkami, przypominam sobie, że w szafie bibliotecznej mam schowane pudełko z biżuterią, zabieram i schodzimy na dół. W hallu pusto. Ani jednego płaszcza niemieckiego. Na kamiennej posadzce świeżo zmyte ślady krwi. Wchodzę do jadalnego, na kominku manierka wojskowa. Biorę ją i niosę Andrzejowi, pijemy kawę, pierwszy łyk płynu od tylu dni. Za drzwiami w gabinecie ojca słychać głosy Niemców. Wchodzimy do kredensu. Jest pusty, patrzę przez otwarte drzwi, warty nie ma. Okna gabinetu ojca, gdzie siedzą Niemcy, wychodzą na przeciwną stronę domu. Skuleni przebiegamy do gęstych krzaków ogrodowych, kładziemy się w trawie i czekamy zmroku. W tej chwili jest dokładnie jedenasta rano. Jest 28 czerwca 1943 roku. Boimy się tylko, by nasz wyżeł, kochany Dream, nie zwąchał nas i nie zdradził. Ale zdaje się, że podzielił los wszystkich. Przespaliśmy się do południa, słyszeliśmy znów warkot samochodów, rozmowy i krzyki Niemców. Zapadł wieczór. Księżyc późno wschodził, wyczołgaliśmy się więc z krzaków i dotarliśmy na folwark do karbowego. Gdy otworzył drzwi, patrzył na nas jak na upiory. Byliśmy upiorami, wracaliśmy z tamtego świata. Kochany Pan Szydło napoił nas i nakarmił, mówił, że Niemcy ciągle kogoś szukają i przesłuchują ludzi.  Nikt żywy z pałacu nie wyszedł, ani z rodziny ani ze służby. Pożegnawszy się serdecznie z panem Szydło, ruszyliśmy bocznymi, polnymi drogami do zaufanego gajowego. Szliśmy przez łany wysokiego żyta i pszenicy, przez pola Zbydniowa.”


Reklama


Ucieczka 

Zbigniew i Andrzej po opuszczeniu Zbydniowa udali się do Kotowej Woli do gajowego – Franciszka Ideca.  Idec odgrywał w tym czasie rolę kuriera AK kontaktującego się z ludźmi, którzy zorganizowali pomoc w wydostaniu się braciom ze Zbydniowa. Parę dni później w majątku Czyżów za Wisłą koło Zawichostu, otrzymali karty rozpoznawcze na fałszywe nazwiska oraz zaświadczenia pracownicze. Cała pomoc pochodziła od żołnierzy AK. Pod opieką Juliana Targowskiego, właściciela Czyżowa, dojechali do Warszawy i trafili do bliskich przyjaciół i ich najmłodszego brata Dominka, który podczas mordu przebywał w Warszawie. Tam za pomocą brata Dominika – żołnierza Kedywu Komendy Głównej AK, wkrótce wstąpili w szeregi warszawskiego Kedywu KG. Obaj jednak za niedługo zginęli w akcji Kedywu KG na „Pawiaku”, w której brali udział ze swym Odziałem Specjalnym „Sawicz”, którym dowodził Julian Barkas ps. „Sawicz”.

Żołnierze Kedywu KG AK OS „Sawicz” idą al. Zjednoczenia w Warszawie. Od lewej Jerzy Zaufal ps. „Oliwa”, Mieczysław Horoch ps. „Jodła” i Zbigniew Horodyński ps. „Fredro”, który niesie w teczce „Stena” na akcję „Bielany”, maj 1944 r. Wszyscy zginęli 19 lipca 1944 r. w akcji „Pawiak”. (fot. dowódca OS Kedywu KG „Sawicz” Julian Barkas ps. „Sawicz”)

Pierwsi świadkowie

Następnego dnia po mordzie Martin Fuldner udał się do Zbydniowa celem zabezpieczenia pozostałego mienia. Do pomocy wyznaczył swojego ogrodnika, Józefa Woźniaka . Był on wcześniej pracownikiem Jerzego Lubomirskiego i pełnił rolę dyrektora ogrodów w Charzewicach. Woźniak stał się jego pracownikiem, gdyż pochodził ze Śląska i świetnie mówił po niemiecku. Fuldner nie zdawał sobie sprawy, że Woźniak był także żołnierzem Narodowej Organizacji Wojskowej (NOW) w Rozwadowie i informował NOW jak i AK o tym co się wydarzyło.

Woźniak po przybyciu do dworu Horodyńskich zastał porażający widok, który opisał w następujący sposób: „Przed głównym wejściem zobaczyłem żarzącą się stertę spalonych rzeczy. Ściany i odrzwia postrzelane. Krew na schodach…. Wewnątrz meble były połamane, książki z półek na ziemi, pełno rozbitej porcelany i szkła, ślady rozbitych o ścianę butelek wina. Podłoga mokra od wina i krwi… Wielkie łoże z kolumnami w głównej sypialni połamane. Widać było, że ktoś tu walczył. W sypialni gości strzelano w łóżkach – pościel zakrwawiona, smugi krwi na podłodze od łóżka do drzwi i na schody, po których wleczono zabitych”.

Również na kilka dni po morderstwie w pomieszczeniach dworu znalazł się doktor Eugeniusz Łazowski (członek rozwadowskiej AK ps. „Leszcz”), który w okolicę został wezwany do chorego. Tak opisał swoją wizytę: „Dwór był pusty. Weszliśmy do środka. Podłogi już były z grubsza zamiecione i umyte. Niewiele zmniejszyło to grozę zniszczeń. […] Piękny hall z kolekcją starej broni na ścianie. Naprzeciwko półki z wartościowymi księgami. Wytworny salon, obrazy, dywany, antyki… Wszystko w tragicznym nieładzie, rozrzucone i pogruchotane. Przed głównym wejściem – stos popiołu i niedopalonych szmat. Poszliśmy w stronę zbiorowej mogiły. Ziemia była już wyrównana. Towarzysz ostrzegł nas, że grób może być podminowany. […] Pod stajnią stała ogrodowa platforma. Tą platformą wozili Niemcy pomordowanych do wspólnego grobu. Jeszcze nie była obmyta z krwi, obsiadły ją roje much i os.”

Nie obeszło się też bez niemieckiej propagandy, w dzień po zbrodni, oficer SS wręczył wójtowi gminy i miejscowemu proboszczowi oświadczenie i rozkazał, aby je ogłosić z ambony. „Byliśmy zmuszeni zastrzelić 20 osób, aby uratować życie 2000 ludzi, którzy przez kontakty Horodyńskiego z bandami i komunistami są zagrożeni.”

Pochowani w mogile zbiorowej

W parku, około 80 metrów na zachód od budynku zbydniowskiego dworu Horodyńskich, znajduje się prostokątny, niewielki cmentarz. Skrywa on doczesne szczątki członków rodziny Horodyńskich, ich służby oraz znajomych, zamordowanych przez Niemców.

Zbiorową mogiłę okala niski mur z piaskowca. Przy wejściu na cmentarz, po prawej stronie, umieszczone są dwie tablice z czarnego marmuru. Jedna z nich objaśnia: Grób 19 osób zabitych przez hitlerowców w zbydniowskim dworze. Rodzina Horodyńskich, Goście i Pracownicy. Obok druga z napisem: Andrzej i Zbigniew Horodyńscy lat 19 i 21 żołnierze AK zginęli w akcji „Pawiak” 19 lipca 1944 r. w Warszawie.

Na kamiennej platformie znajduje się mur z krzyżem. W granicie wykuty jest napis: Tu spoczywają pomordowani przez hitlerowców w zbydniowskim dworze 24 VI 1943+ Wieczną radość – daj im Panie.

Zbiorowa mogiła w dworze Horodyńskich (fot. Marek Wróblewski)

Pochowani w zbiorowej mogile:

Zbigniew Horodyński – dziedzic Zbydniowa, Zofia Horodyńska – żona Zbigniewa, Anna Horodyńska – córka Zofii i Zbigniewa, Maria Kowerska – siostra Zbigniewa Horodyńskiego, Rozalia Koczalska – guwernantka Anny, Krystyna Giecewicz – żona brata Pani Horodyńskiej, Loluś(Leon) – 12-letni syn Giecewiczowej, Stanisław Wańkowicz – senator Rzeczypospolitej Polskiej, ojciec panny młodej, Aleksandra Wańkowicz – mama panny młodej, Barbara Mierzejewska – mama pana młodego, Halina Herubowicz, Krzysztof Jeśmian – Syn Herubowiczowej, Halszka Meysztowicz – dalsza krewna, malarka, Elfrida Horwatt – babcia panny młodej, Zofia Ryczek, Maria Latocha, Stefania Łebek – pokojówki, Edward Zboroń – leśniczy.

Marek Wróblewski

COPYRIGHT © 2020 TerazHistoria.pl. Wszelkie Prawa zastrzeżone. Kopiowanie i powielanie tekstów, zdjęć lub filmów bez zgody autora zabronione!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *